niedziela, 16 lipca 2017

Okiem pomocnika drwala…






    Było to lekko zachmurzone, poniedziałkowe popołudnie. Rozleniwione psy wylegiwały się beztrosko po kanapach i fotelach. Cezary wziął się za sprzątanie stajni Augiasza, czyli naszej samobałaganiającej się drewutni. Ja natomiast przysłuchując się zawsze aktualnym pieśniom obywatela GC oraz nucąc ulubioną z nich – „Pytanie o Polskę” zaczęłam przygotowywać ciasto na pierogi. Nie przepadam za tą czynnością, ponieważ nie dość, że jest ona wielogodzinna, tojeszcze  monotonna i dla nóg oraz dłoni męcząca. Jednak w lodówce spoczywał od jakiegoś czasu pokaźny kawał białego sera, który trzeba było jakoś zagospodarować, by się nie zmarnował. Padło na pierogi ruskie, które to mąż mój uwielbia tak więc i tego dnia wieść o upragnionym smakołyku wywołała u niego wielce radosny uśmiech na twarzy. Farsz miałam już gotowy, zatem zabrałam się za wyrabianie ciasta. Właśnie odpoczywałam kapkę, drapiąc się umączoną ręką w czoło, zapatrzona w pięknie kwitnąco na bordowo malwy przy płocie, gdy wtem rozległ się ostry dzwonek telefonu. No wprost uwielbiam, gdy ustrojstwo to dzwoni w najmniej odpowiedniej chwili! A odzywa się ono przeważnie zawsze wówczas, gdy mam dłonie mokre od mycia naczyń, tłuste od karmienia psów kawałkami korpusów kurzych, pokryte kurzem i psimi kłakami podczas czyszczenia dywanu albo oblepione proziakowym ciastem podczas wyrabiania tych podkarpackich placuszków. Ale mus to mus! Obtarłam się szybko i byle jak w stary fartuszek i odebrałam wreszcie natrętnie przyzywający mnie telefon.


- Wiozę zamówione drewno z Bieszczad. Będę za około pół godziny! Jak tam do Was dojechać? – usłyszałam w słuchawce grzecznie brzmiący męski głos i poczułam coś w rodzaju ulgi i lęku jednocześnie. Ulgi, bo czekaliśmy na to drewno już od dość dawna. Gromadziliśmy zapasy opału od wczesnej wiosny a wciąż było nam go mało. Zważywszy, jak ciężką mieliśmy ostatnią zimę i że dwukrotnie byliśmy zmuszeni dokupywać bukowe klocki oraz paskudnie mokry węgiel postanowiliśmy tym razem naszykować tyle drewna, żeby na pewno nam go nie zabrakło i żeby nareszcie rozgrzać na dobre nasz wyziębiający się momentalnie dom. A lęku? Cóż, robota przy drewnie to straszna robota! Jako wieloletni pomocnik drwala wiem to aż za dobrze. Niczym jest przy niej wyrabianie ciasta i lepienie setek pierogów oraz wykonywanie mnóstwa codziennych, gospodarskich prac.


  Wzdychając ciężko i potykając się o śpiące w przedpokoju psy porzuciłam na poły wyrobione, pierogowe ciasto i pobiegłam z telefonem do drewutni. Zastałam tam męża umęczonego dźwiganiem stukilowego silnika od traktora, którego uparł się umieścić w jakimś kącie, kichającego przy tym rozgłośnie, umorusanego kurzem, wapnem i błotem, oblepionego pajęczynami i resztkami siana po kozach. Spojrzał na mnie półprzytomnie i z nadzieją skazańca, któremu na chwilę odracza się wykonanie wyroku zapytał czy pierogi już gotowe.


- A gdzież tam do pierogów jeszcze! Drewno do nas jedzie. Bierz telefon i wytłumacz facetowi jak się tu dostać, bo ja znowu coś poplączę! – sapnęłam wręczając mu aparat i obserwując postępującą metamorfozę na jego obliczu. Oczy Cezarego zalśniły, przygarbiona sylwetka wyprostowała się, a kurz bitewny po sprzątaniu opadł i oto w try miga miałam przed sobą gotowego do wielkich wyzwań drwala na schwał. Mój mąż bowiem, choć narzeka (bo lubi narzekać!), choć stęka (bo lubi stękać!), to jednak w głębi serca lubi chyba tę pracę z drewnem. To rżnięcie, rabanie siekierą albo kilofem, wbijanie klina w uparte klocki i słuchanie jak poddają się woli człowieka, to piłowanie rozgłośne spalinową albo elektryczną pilarką – wszystko to dziwną mu jakąś sprawia satysfakcję. Oto nadchodziło nowe, wielkie wyzwanie. Dwanaście metrów mieszanego drewna liściastego zbliżało się do nas wytrwale a Cezary już szykował się mentalnie do nowego boju!


   Kilkadziesiąt minut potem w otoczeniu rozszczekanych psów obserwowałam zza firanki jak wtacza się na teren naszego podwórza ogromniasta ciężarówka z wysięgnikiem załadowana po brzegi drewnem osikowym, brzozowym, wierzbowym, olchowym i grabowym. Nigdy jeszcze tak wielki wehikuł nie zajeżdżał do jaworowego siedliska. Ba! Pewnie i maleńki, pogórzański przysiółek nie widział tu dotąd takiego potwora! Między nieuważnym lepieniem kolejnych pierogów, chodząc od okna do okna, zafascynowana tym widowiskiem pstrykałam zdjęcie za zdjęciem. Psy natomiast nie przestając ujadać oraz wyć biegały tuż mną, nie mogąc odżałować tego, iż nie dane im jest wylewnie przywitać kierowcy i jego pomocnika, obsikać olbrzymiego pojazdu, pokazać kto tu rządzi i obejścia pilnuje a potem wylecieć przez szeroko otwartą bramę gdzieś w bezmiar łąk i wyhasać się do woli.


   A tymczasem kosmiczny ów, prawie jak z filmu „Avatar” pojazd ulokował się zgrabnie w najdogodniejszym miejscu podwórza i wielka, żelazna łapa wysięgnika zgrabnie i bez wysiłku umieszczała kolejne wiązki drewna na trawniku koło kuchennego okna. 


   Po kilkunastu minutach dzieło było zakończone. Góra różnej wielkości metrowych bali spoczęła w jaworowym siedlisku a bieszczadzcy przewoźnicy polecając się na przyszłość i miło żegnając odjechali w siną dal. Psy natychmiast zostały wypuszczone na dwór aby mogły się zapoznać z ową górą i nareszcie wybiegać oraz pozbyć się nadmiaru rozsadzającej je energii. Ja kończyłam gotować kolejną partię mocno nieforemnych pierogów a Cezary wyniósłszy roboczy stół na podwórze oraz przygotowawszy wszelkie potrzebne narzędzia zamierzał zabrać się bez zwłoki do  pracy.


- Nie ma na co czekać! – orzekł spoglądając z mieszaniną podziwu i determinacji na piętrzące się przed nim bale.
 - Im prędzej to potniemy, tym szybciej robota będzie za nami! A drewno musi jak najszybciej zacząć schnąć żeby do zimy doschnąć! Pomożesz mi trochę Oluniu? – zapytał retorycznie, wiedząc przecież, że zawsze to robię. Sam nie dałby ze wszystkim rady a poza tym to drewno dla nas obojga – dlaczegóż więc sam miałby przy tym tyrać?
- Dobra, ale najpierw zjemy pierogi! Trzeba się wzmocnić przed tym wiekopomnym dziełem – zarządziłam i postawiłam na stole wielką misę pełną smakowicie pachnących pierogów. Polałam je roztopionym masełkiem a potem zajadaliśmy aż się nam uszy trzęsły. Nażarci i herbatką miętową napojeni wytoczyliśmy się na podwórze aby zacząć to ,co musiało być zaczęte i skończyć to, co musiało być zakończone.


- Bój to jest nasz ostatni! – zawołał Cezary i wziąwszy do rąk piłę zabrał się za rżnięcie pierwszego kawałka. Ja zaś podawałam mu dzielnie kolejny i kolejny aż nadszedł zmrok i uwolnił nas od tego kieratu. Lecz następnego dnia praca trwała nadal. I następnego. I jeszcze następnego. Góra pociętego drewna rosła a niepociętego malała. Dziesiątki taczek wywieźliśmy pod wiatę. Drewniane wióry coraz większym stosem zalegały i zalegają wszędzie. Są na podwórzu, w psiej sierści, na dywanach, we włosach i nosach a nawet w śniadaniowej jajecznicy! Po pożywnych pierogach zostało już tylko dalekie wspomnienie i trzeba nam było wzmacniać się wysmażonym naprędce leczo, kanapkami albo i zupkami chińskimi. W końcu okazało się, że drewna jest tak dużo, iż konieczne stało się dobudowanie kolejnej zagródki na jego suszenie. Pełna deszczów i burz pogoda zesłała nam w tygodniu jeden błogosławiony dzień odpoczynku, kiedy mogliśmy powylegiwać się nieco dłużej, wyskoczyć na grzyby, cudnym zachodem słońca się zachwycić. A potem znowu trzeba było dźwigać, ciąć, rąbać i zwozić, dźwigać, ciąć, rąbać i zwozić….Namawiam drwala Cezarego by opisał w kolejnym tekście to niezwykłe połączenie znoju i radości, tę specyficzną magię pracy z drewnem. Powiedział, że jak już skończymy z nim (bo zostało nam jeszcze ponad dwa metry do pocięcia i zwiezienia) i jak trochę odpocznie, to może i napisze...Ale póki co, bój trwa a chmury jak to chmury nadal kłębią się i płyną:-)!



Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia